Nigdy specjalnie nie przejmowałem się konwenansami i zasadami "starszych". Kompletnie nie przejmowałem się zasadami narzuconymi przez religię czy kościół.
Aż do niedawna.
Nie oznacza to, że się jakoś nawróciłem czy zacząłem słuchać radia na "m". Dotarł do mnie natomiast sens jednej z reguł dotyczącej tzw. seksu przedmałżeńskiego i mieszkania razem przed ślubem. I jak przystało na mnie, zrozumiałem to w sposób zupełnie odmienny, który jest powszechnie lansowany. Podstawowy problem, z perspektywy młodego człowieka, to lansowanie tych rzeczy jako grzech. To zamykanie tej części w życiach w kategorii zła, gdzie występują tylko dwie postawy: dobra i zła.
Z tej perspektywy, ta zasada się obecnie nie sprawdza. Po pierwsze dlatego, że wszystko co zakazane, jest tym ciekawsze. Po drugie, nikt nie będzie nam mówił, jak chcemy żyć. A wystarczy powiedzieć o tym tak, jak to jest w rzeczywistości - poznajemy kogoś, kto jawi nam się jak ta druga połówka jabłka. Podporządkowujemy tej osobie całe swoje życie i zaczynamy snuć dalekosiężne plany. Jest nieziemski seks, zamieszkujemy razem, zaczynamy razem dzielić życie i podejmować decyzje. I po jakimś tam czasie, pojawia się propozycja "zaobrączkowania się". A potem, po dwóch-trzech latach kryzys i rozstanie, rozwody, niechciane dzieci. Dlaczego?
Dlaczego?
Bo w głowie każdego z nas, niezależnie od tego jak bardzo wierzymy, jakie wychowanie odebraliśmy, jakie mamy poglądy na świat, mimo wszystko, małżeństwo to coś wyjątkowego. A tu okazuje się, że nie. Po tygodniu mija podniosła atmosfera i zostajemy tam, gdzie byliśmy już wcześniej. Myślę, że to główny powód tak wielu rozczarowań - skoro już żyliśmy jak małżeństwo, to nie odczujemy kompletnie ŻADNEJ różnicy po akcie/odebraniu sakramentu.
Zatem - oddawajcie się hedonistycznym pokusom, korzystajcie z życia bo jest ono krótkie, ale kiedy spotkacie tę "jedyną" czy tego "jedynego", spróbujcie zachować coś na "później". Zachowajcie jakąś część siebie, którą obdarzycie siebie nawzajem dopiero wtedy, kiedy uznacie, że nadszedł na was czas.